Argentyński steak.
Argentyna

Argentyna – ojczyzna steka

Zaczęłam od Argentyny. Kraju niezwykle zróżnicowanego pod względem klimatycznym i topograficznym za sprawą swoich rozmiarów. Moja wyprawa w szczególności skupiała się na największej z pięciu stref geograficznych jaką jest Patagonia. Politycznie w 75% przynależy do Argentyny, a w 25% do Chile. Jednocześnie jest ona najmniej zaludnionym obszarem z gęstością zaludnienia sięgającą 1 osobie na kilometr kwadratowy.  

To kraina lodowców, turkusowych jezior i najwyższych szczytów andyjskich. Określana mianem ojczyzny imigrantów, a przysłowie, które określa korzenie argentyńskie brzmi: „Meksykanie pochodzą od Azteków, Peruwiańczycy od Inków, a Argentyńczycy ze statków”. Są oni potomkami europejskich emigrantów, a zdecydowana ich większość ma pochodzenie włoskie oraz hiszpańskie. Obserwując wygląd fizyczny mieszkańców Argentyny odnosi się wrażenie, że przebywa się w Europie. Ich symbole narodowe stanowią: tango, postać gaucho, tradycja picia yerba mate oraz spożywanie mieszanki grillowanych mięs, czyli asado. To ojczyzna papieża Franciszka, Evity Perón, Diego Maradony, czy Leo Messiego.

Tradycja yerba mate

To co zdziwiło mnie po przybyciu do Argentyny to wszechobecny widok ludzi z termosami pod pachą oraz wszechobecne automaty z gorącą wodą. Jak się okazało ma to ścisły związek z tracycją picia yerba mate będącą tym czym dla Włochów jest filiżanka espresso. Argentyńczycy popijają ją przez cały dzień i jest to swoistego rodzaju napój towarzyski.

Niestety trzeba przywyknąć do jej cierpkiego smaku. Nie zdziwcie się więc jeśli ktoś poczęstuje Was tym naparem. Pije się ją z tykwy (zwanej mate) przez bombillę, czyli specjalną rurkę filtrującą. Wszyscy piją z tej samej tykwy, przez tą samą bombillę, co początkowo wydawało mi się bardzo niehigieniczne. Co ważne pozostałych po rytuale fusów nie można wyrzucać tylko oddać matce ziemi, rozsypując przy najbliższym drzewie.

Smaki Argentyny

Kuchnia argentyńska zdecydowanie nie należy do moich ulubionych. Co prawda jest kilka pozycji, które przypadły mi do gustu, ale brak warzyw, niechęć Argentyńczyków do ryb i owoców morza oraz nie używanie jakichkolwiek przypraw powodowały, iż dania wydawały mi się nie mieć smaku.

Wszechobecne „stejki”

Niewątpliwą dumą Argentyńczyków jest wołowina, a wspomniane wcześniej warzywa służą jedynie do dekoracji, także wegetarianie nie mają tu łatwego życia. Do mięsa zawsze podawany jest sos chimichurri przyrządzony z pomidorów i mieszanki przypraw. Jeśli chcielibyście spróbować za jednym razem kilku różnych kawałków, zamówcie parilladę. Ale ostrzegam, że olbrzymia porcja mięs przeznaczona jest dla minimum dwóch osób.

Jeśli będziecie mieli szczęście otrzymać od znajomych Argentyńczyków zaproszenie na asado, imprezę grillową na świeżym powietrzu, warto skorzystać. 

Lunch to tradycyjnie stek oraz empañadas, czyli pierożki podawane z kilkunastoma różnymi nadzieniami! Od klasycznych z serem i szynką, przez nadzienie mięsne (pikantne i delikatne), po nadzienie z dyni, serem pleśniowym, czy szpinakiem. Cena jednej empanady to 70 pesos argentyńskich🥩🥟 

Empanadas.

Na kuchnię argentyńską bardzo duży wpływ miała także przewaga włoskich emigrantów. Nie powinien Was zatem dziwić wszechobecny widok restauracji serwujących makarony, pizzę oraz lodziarni.

Słodkie co nieco na śniadanie

Już po pierwszym śniadaniu zauważyłam, że Argentyńczycy kochają słodycze. Mam wrażenie, że pieczywo tostowe i ser z szynką były podane tylko ze względu na przybyłych turystów. Na stole królowały wszystkie rodzaje ciast w niezwykle słodkiej odsłonie. Podstawą zdecydowanej większości z nich jest dulce de leche, czyli coś na kształt naszego kajmaku. Wypełnia ono także pyszne churros, karbowane rurki z ciasta przypominającego gofry. Argentyńczycy chlubią się również swoimi lodami sporządzanymi według włoskich receptur (za sprawą włoskich imigrantów). W każdym sklepie natknienie się również na alfahores, będące ciasteczkami przekładanymi dulce de leche i oblanymi czekoladą.

Niektóre miejsca w Argentynie słyną z czekolady. Do jednego z nich należy kurort San Carlos de Bariloche nazywany argentyńską Szwajcarią. Stanowi raj dla wielbicieli słodyczy. W miasteczku tym co drugi sklep to fabryka czekolady lub lodziarnia wabiące zmęczonych narciarzy lub wędrowców zapachami świeżych wyrobów.

Z pewnością kuchnia argentyńska nie należy do moich ulubionych, ale zawsze chętnie poznaję i jestem otwarta na nowe smaki. Jedno jest pewne, nigdzie na świecie nie zjecie lepszego steka niż w Argentynie.

TU możecie znaleźć poprzedni wpis o Boskim Buenos Aires.

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *