Europejskie wyprawy

Jarmark Bożonarodzeniowy we Frankfurcie

Wiele osób traktuje Frankfurt jako punkt przesiadkowy w drodze na zachód. Ja niejako zostałam „zmuszona”, żeby zatrzymać się tu na dwa dni, ze względu na podróż służbową Huberta. Jak w każdym miejscu tak i tu potrafiłam dostrzec uroki miasta, chociaż przez wielu postrzegane jest jako nudne i mało interesujące.

OD CZEGO ZACZĄĆ ZWIEDZANIE FRANKFURTU

Na zwiedzanie Frankfurtu nie potrzebujecie więcej niż jednego dnia. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie dokonała tego na pieszo. Hubert wcześnie rano pojechał do pracy, a ja ruszyłam w miasto;) Rozpoczęłam od Dworca Głównego Hauptbahnhof, ponieważ tu znajduję się wejście do dzielnicy finansowej, której symbolem jest pomnik wspólnej waluty Euro. Frankfurt jest często nazywany Mainhattanem. Wiąże się to z imponującą ilością wieżowców. To taki europejski Nowy York. Jednym z najwyższych, a zarazem najbardziej charakterystycznych wieżowców jest Main Tower. W planie znajdował się wjazd na jego szczyt, jednak niekorzystna pogoda i słaba widoczność sprawiły, że odpuściłam sobie ten punkt programu.

Drugie określenie dla Frankfurtu to Bankfurt, ze względu na znajdującą się tu siedzibę Europejskiego Banku Centralnego.

Siedziba Europejskiego Banku Centralnego

GDZIE ZJEŚĆ

Przed przeprawą na drugą stronę rzeki (Frankfurt przedzielony jest na dwie części przez rzekę Men), koniecznością stało się doładowanie akumulatorów, a to oznaczać może tylko jedno – kawę oraz śniadanko. Wybór padł na Wewe Cafe, które znajdowało się po drodze. Wstyd się przyznać, ale pierwszy raz w życiu (już wiem, że nie ostatni😉) spróbowałam jajek w koszulce na pieczywie tostowym obok awokado i łososia. Palce lizać☺️

Śniadanie w Wewe Cafe

Brzuszek pełny to brzuszek szczęśliwy więc ruszyłam w dalszą trasę. Najbardziej urzekł mnie spacer  bulwarem Schaumainkai nad rzeką, skąd rozpościera się widok na panoramę miasta z wieżowcami w tle. Podejrzewam, że w okresie letnim nie brakuje tu osób aktywnie spędzających czas na bieganiu i jeździe na rowerze.

Frankfurt - spacer brzegiem rzeki

Aby przeprawić się na drugą stronę rzeki udałam się na most Eiserner zwany też mostem zakochanych ze względu na kłódki, które są do niego przypinane przez zakochane pary. Stąd już tylko rzut beretem do jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc, czyli Starego Miasta i placu Romerberg z dawnym ratuszem. Na chwilę obecną znajduje się tam Jarmark Bożonarodzeniowy (jeden z najstarszych w Niemczech), który ciągnie się aż do głównej ulicy handlowej Zeil (raj dla miłośników zakupów – niestety nie dla mnie😉). 

JARMARK BOŻONARODZENIOWY

Muszę przyznać, że byłam trochę rozczarowana Jarmarkiem. Nie było w nim nic zaskakującego, a rozmiarami też nie powalał. Może na mój odbiór miała wpływ niekorzystna pogoda, ale moim zdaniem nie umywał się do naszego wrocławskiego. Oprócz ozdób choinkowych i wyrobów rzemieślniczych znajdziemy raczej ubogą ofertę gastronomiczną. Głównymi potrawami są rzecz jasna kiełbaski oraz chrupiące placki ziemniaczane z musem jabłkowym, a do tego grzane wino. Nie brakuje tu także pierników każdej wielkości oraz bogatej oferty owoców zanurzonych w czekoladzie. Szczerze…spodziewałam się czegoś więcej po europejskim Nowym Yorku. Jedyne czym może się pochwalić i co wyróżnia go na tle innych jarmarków to największa, ponad 30 metrowa choinka oraz klimatyczna karuzela na środku placu.

Jarmark Bożonarodzeniowy we Frankfurcie

Z Jarmarku udałam się na plac Hauptwache, gdzie zaczyna się dzielnica wieżowców. Co mnie uderzyło to znajdująca się tuż obok całej finansjery Dzielnica Czerwonych Latarni. Przechadzając się nią za dnia nawet nie zdajemy sobie sprawy, gdzie się znajdujemy. Dopiero wieczorem rozbłyska czerwonymi światłami i neonami przyciągając rzesze turystów.

Hmmm z czego jeszcze jest znany Frankfurt? Mam! Znajduje się tu dom Goethego, który przyszedł w tym mieście na świat. Dopiero wieczorem po powrocie do hotelu i przeanalizowaniu mojej dziennej trasy zdałam sobie sprawę, że przechodziłam tuż obok niego;) Na chwilę obecną mieści się w nim muzeum wypełnione osobistymi przedmiotami autora „Cierpień młodego Wertera”.

KOLACJA

Po aktywnym dniu czas na regenerację i wybór restauracji na kolację. Dania tradycyjne typu sznycel oraz golonkę postanowiliśmy zostawić sobie na Monachium, a we Frankfurcie postawiliśmy na wegańską (a jakżeby inaczej😂) restaurację, która cieszyła się bardzo dobrymi opiniami. Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam takie pyszności. Nie dość, że potrawy rozpieszczały podniebienie to dodatkowo cieszyły oko. Miejsce nazywa się VEVAY i będąc we Frankfurcie koniecznie musicie tam zajrzeć.

Kolacja w Vevay

NOCLEG

Jeszcze kilka słów o hotelu, w którym zatrzymaliśmy się. Chcieliśmy ulokować się jak najbliżej centrum, żeby mieć dobry punkt wypadowy do zwiedzania miasta i tak wybór padł na Scandic Frankfurt Museumsufer. Niestety, pierwsze wrażenie nie należało do najlepszych. Dostaliśmy pokój z oknem na hotelową restaurację. Dodatkowo w pokoju nie działała klimatyzacja, a z racji, że  przyjechaliśmy późnym wieczorem nie było możliwości zmiany pokoju. Rankiem, odgłosy z sąsiadującej budowy, delikatnie mówiąc zirytowały nas. Nie obyło się bez interwencji Huberta i tym sposobem w ramach rekompensaty za niedogodności przydzielono nam nowy pokój na 17 piętrze o znacznie wyższym standardzie z widokiem zapierającym dech w piersi. Końcem końców stwierdziliśmy, że warto było przemęczyć się tą jedną noc dla takiego widoku…

Pokój hotelowy Scandic

Łóżko skierowane było w stronę okna dzięki czemu po otwarciu oczu ukazywał się nam Frankfurt w całej okazałości. To za mną to nie fototapeta😉

Summa summarum, pobyt we Frankfurcie zaliczam do udanych, ale na pewno nie jest to miejsce do którego z chęcią wróciłabym w przyszłości z powodu odczucia niedosytu.

Najwyższy czas na kolejną destynację, czyli obieramy kierunek => Norymberga. Piernikowy Raju nadciągamy☺️

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *