Wzgórze Monte Titano.
San Marino

San Marino – tam trzeba pojechać

Dzień drugi to San Marino, czyli najmniejsza republika na świecie i kolejny magnes do kolekcji. Miejsce, które musi zobaczyć każdy kto lubuje się w bajkowych panoramach. Widok rozpościerający się ze szczytu wzgórza każdego przyprawi o szybsze bicie serca. Można tam wjechać “na dowód”, a obowiązującą walutą jest Euro, tak więc nie trzeba się jakoś specjalnie przygotowywać pod względem formalnym przed wyjazdem. Jeśli jednak jesteście kolekcjonerami pieczątek w paszporcie, możecie taką uzyskać w biurze informacyjnym, a jej koszt to 5 euro. Co ważne, jeśli trafi się Wam moneta z wizerunkiem państwa – koniecznie ją zachowajcie. Może mieć wartość kolekcjonerską, ponieważ wybito ich w niewielkiej ilości.

Wzgórze Monte Titano.

Najprościej jest się tam dostać bezpośrednim pociągiem lub autobusem, które kursują codziennie ze stacji w Rimini. TU możecie znaleźć aktualny rozkład jazdy.

Wzgórze Monte Titano

Nie przypuszczałam, że to państwo-miasto wywrze na mnie tak duże wrażenie. Stanowi miejsce magiczne i klimatyczne. Nie sposób się tam zgubić, ponieważ nie zajmuje dużej powierzchni. Na każdym zakręcie umieszczone są znaki, dzięki czemu możecie być pewni, że niczego nie przeoczycie. Można włóczyć się wąskimi uliczkami, aż dotrze się do najważniejszego punktu, czyli szczytu Monte Titano. Znajdują się tam trzy twierdze pełniące dawniej funkcje obronne. Zamek La Rocca Guaita, zwany także Prima Torre (Pierwsza Wieża), jest najważniejszym i najbardziej rozpoznawalnym zabytkiem republiki San Marino. Koszt jego zwiedzania wynosi 4,50 euro. Można kupić tańsze bilety w pakiecie, gdy decydujemy się na zwiedzanie kilku zabytków. Pomimo całego bogactwa historycznego najbardziej zapadła mi w pamięć przepiękna panorama roztaczająca się z murów obronnych.

Miłośnicy fotografii i pięknych widoków – nim rozpoczniecie swój dzień w San Marino spakujcie dodatkowe baterie do aparatu. Stylizowane na średniowiecze kamieniczki z drewnianymi okiennicami, wąskie uliczki oraz małe balkoniki tworzą klimat z innej epoki.

Zwieńczeniem dnia miał być lunch z panoramą na okolicę. Niestety chciałabym Was przestrzec przed restauracją La Capanna znajdującą się u podnóża Pierwszej Wieży. Poza spektakularną panoramą nie ma nic do zaoferowania. Wielkość porcji oraz jakość użytych składników pozostawiają wiele do życzenia. Na pewno nie skosztujecie tam tradycyjnej włoskiej kuchni, a raczej tą dopasowaną pod masową turystykę.

Widok z restauracji La Capanna.

Uważam, że pół dnia w zupełności wystarczy, by zachwycić się San Marino i rozsądnie będzie zapuścić się do kolejnych włoskich miast i miasteczek. Hotele w San Marino są drogie i zdecydowanie dostosowane do osób zarabiających w euro oraz Rosjan, których można spotkać tam na każdym kroku. Z tego też powodu opuszczając republikę swoje kroki skierowałam ku Rimini – zupełnemu przeciwieństwu bajkowego San Marino.

Rimini, czyli życie kręci się wokół plaży

Druga część dnia to Rimini, czyli typowo turystyczny resort z ciągnącą się na dystansie kilku kilometrów plażą, licznymi kurortami i klubami. Co roku ciągną tu rzesze turystów, ponieważ miasto jest bardzo przystępne cenowo. Sprzyja temu przede wszystkim ogromna konkurencja i wielka baza noclegowa. 

Plaża w Rimini.

Przyznam, że chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak szerokiej plaży. No może poza Miami, ale ta z kolei na pewno nie dorównuje jej pod względem ilości turystów oraz leżaków z parasolami. Wszystko jest tu przygotowane pod turystykę. Począwszy od przebieralni i pryszniców, poprzez dziesiątki placów zabaw, aż po atrakcje w wodzie. Całodniowa ochrona ratowników oraz specjalne strefy dla osób ze swoimi czworonożnymi przyjaciółmi to także widok codzienny.

W Rimini warto zatrzymać się na spacer, zarówno brzegiem plaży jak i ciągnącą się wzdłuż niej promenadą. W przerwie nie zapomnijcie spróbować wywodzącego się stąd fast foodu w postaci piadiny. Jest to pszenny placek przypominający nasze podpłomyki z różnego rodzaju nadzieniem – to najpopularniejsze to serek squaquerone, szynka oraz rucola.

Po kilku godzinnym spacerze ilość turystów zmęczyła mnie i przytłoczyła, dlatego chętnie wróciłam do oazy spokoju na campingu w Casal Borsetti.

Jeśli interesują Was Włochy, zajrzyjcie do mojego poprzedniego postu:

Rawenna – mozaikowe królestwo.

12 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *